...czyli dziewczyny z politechniki przygody z kobiecością.
RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Hahahaha!

Amerykanki jednak nie pojechały do Tuluzy w zeszły łikend. Jadą w czwartek. I chyba niekoniecznie tylko do Tuluzy, ale na takiego amerykańskiego road tripa po południowej Francji. Nawet samochód sobie pożyczyły z automatyczną skrzynią biegów. Bo z ręczną nie pojadą. :) No i oczywiście jadę z nimi. Będziemy spały w namiocie, oglądały, zwiedzały, szał! Ale się cieszę!

A Francuz gdzieś zniknął. Nie wiem, co mu się stało, obraził się na mnie, czy co? W sobotę go próbowałam wyciągnąć na piwo z Angielką i Włochami, ale nawet mi nie odpisał na smsa. Nie wiem, o co chodzi.

No i egzamin. Chyba dobrze, wszyscy się strasznie dziwili, że go piszę po hiszpańsku, ale co ja się będę. Przyjechałam się hiszpańskiego uczyć, nie?

Idę na piwo z Amerykankami, ustalać szczegóły road tripu. Buźka, kochani!

Ale mam dobry humor dzisiaj! A wokół podobno świńska grypa szaleje. Co mi tam świńska grypa! Przygoda, przygoda...!

(Boże, naprawdę mi odbiło...)
17:42, mrs_dalloway
Link Komentarze (2) »
środa, 22 kwietnia 2009
A co ja się będę. Kosmos. Obłędna jest ta pani.


23:32, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
Ja nie mogę. Nowy poganiacz!

Nie mam weny ostatnio. Albo raczej mam jakiś taki nastrój na obserwacje i nie chce mi się ani gadać, ani pisać, ani w ogóle nic. Ot, wiosna. W piątek mam egzamin z analisis numerico, niby łatwe to jest, ale jak mi każą po hiszpańsku pisać, dlaczego numeryczne rozwiązanie układu równań różniczkowych się rozjeżdża, to nie wiem, czy mi będzie tak bardzo wesoło. Gdyby nie ten cholerny egzamin, to bym pojechała z Amerykankami na wycieczkę do Tuluzy, a tak to jestem w czarnej dupie, będę siedzieć tu. Chociaż może to lepiej, w sumie to nie wiem, czy ja mam jeszcze jakieś pieniądze na takie eskapady. Co ja pieprzę?! Oczywiście, że źle! Fatalnie! Jeśli mam szansę jechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było, to jadę i nie zrzędzę. O. Ale nie mogę tym razem.

A, coś pisałam o obserwacjach. No więc dzisiaj właśnie się przekonałam, o co chodzi Baskom. Mamy zajęcia z jednego przedmiotu z dziewczyną, która jest Baskijką. Język baskijski jest językiem z kosmosu, ustatlili, że jest indoeuropejski, ale nie znaleźli języka, z którym go można było włożyć do jednej grupy. Tak słyszałam, ale nie weryfikowałam, więc nic sobie za to nie dam uciąć. Na pewno wiem, że jest totalnie niepodobny do kastylijskiego. W każdym razie jeśli ktoś się urodził w baskijskiej rodzinie, to w domu mówi po baskijsku, a kastylijskiego się uczy jako drugiego języka. Bo jego narodowym, własnym i osobistym językiem jest baskijski. I jest u siebie. A przynajmniej w Bilbao większość ludzi mówi jednak po kastylijsku.

Ale ja miałam o pani profesor mówić. Pani dzisiaj rozdała jakieś ankiety, zupełnie bez znaczenia po co, dość, że po kastylijsku i z jakąś literówką. A potem wyszła. I cała grupa się z tej literówki cieszyła jak głupia.

I tak sobie właśnie przypomniałam, jak widziałam tę panią ze studentami, którzy mają zajęcia po baskijsku. I że jakaś taka była weselsza, sympatyczniejsza, miała o nich mniej dystansu niż do mojej, kastylijskiej grupy.

Język to jest jednak zupełnie niesamowita rzecz. I potwornie ważna. Ja Wam się tak szczerze przyznam, że chyba nigdy w życiu nie będę mieszkać za granicą, choćbym nie wiem jak bardzo marzyła o owcach w Nowej Zelandii, satelitach w Niemczech czy mężu w Hiszpanii. Bo jedyne, czego mi tutaj brakuje, to języka. I to nie dlatego, że nie znam żadnego innego języka wystarczająco dobrze. Po hiszpańsku ostatnio uskuteczniam small-talki z obcymi ludźmi w windzie albo w supermarkecie nad sałatą, więc uważam, że naprawdę jest świetnie. Tyle tylko, że nigdy nie będę żadnego języka znać tak, jak znam swój własny. W każdym razie tęsknota za mówieniem, pisaniem i słyszeniem polskiego jest wystarczającym powodem do odczuwania dyskomfortu. Dobrze, że chociaż mam Lema.

Ale wracając do pani profesor, która jest u siebie, mówi w obcym bądź co bądź języku i jej rodacy sobie z niej robią jaja z powodu literówki popełnionej w tym właśnie, obcym, języku. Dziwne to musi być. Nie jest to wystarczający powód, żeby podkładać bomby, ale chyba trochę teraz rozumiem takie niezadowolenie, które tutaj jednak wisi w powietrzu. Wiecie, o co chodzi?

A u nas ludzie, którzy od urodzenia mówią po polsku, wygadują takie rzeczy:

- Ja myślę, że pan prezydent nie pije w plastiku alkoholu. Na pewno mogę to państwu powiedzieć.

- Nie zagłosowałabym na Lecha Kaczyńskiego patrząc na niego tylko przez telewizję. Prezydent ma złe notowania, bo jest przedstawiany jako mały, gruby człowiek, który krzywo siedzi.

 - Prezydent nie jest gruby, ale ma okrągłą głowę.


Wszystko powiedziała pani posłanka, mój i Wasz reprezentant, Elżbieta Jakubiak. Znalazłam na gazeta.pl

Ech...
22:32, mrs_dalloway
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Po pierwsze chyba znalazłam błąd w swoim programie. Ale csiiiiiiii... Wy nic nie wiecie, ja nic nie mówię, bo obawiam się, że jak się będę za bardzo cieszyć, to znowu się to wszystko wysypie. I nigdy w życiu tych pieprzonych studiów nie skończę. Kumple się już obronili, a ja szukam dziury w serze. Jak zwykle. No mniejsza.

Poza tym chyba mi się tu coraz bardziej podoba. To znaczy zaczynam myśleć, że kiedy B. mi mówiła, że na Erasmusa na pół roku jechać to bzdura, bo musisz wyjechać, właśnie jak się zaczynasz dobrze bawić, to miała rację. Ja właśnie zaczynam. I nie jest mi jakoś dobrze ze świadomością, że już jest połowa kwietnia. Bo sytuacja przedstawia się tak. Uniwersytet Kraju Basków to jest skomplikowana instytucja. W samym Bilbao są tylko wydziały inżynierskie, ekonomia, zarządzanie i cośtam jeszcze, w każdym razie ja na samym początku miałam przyjemność poznać tylko Erasmusów ode mnie i z tej nieszczęsnej ekonomii, bo razem chodzimy na zajęcia z castellano. Na moim wydziale Erasmusów można policzyć na palcach, bo to strasznie trudny wydział i nikt normalny tu nie chce przyjechać. Na ten temat to ja się już wypowiedziałam i więcej nie będę. A z tej ekonomii to tutaj jest z siedem Francuzek, które są tak głupie, że wszystko opada. Jedna, jak jej właściciel mieszkania kazał zapłacić za prąd, to się spakowała i uciekła z domu, teraz nie jeździ metrem, bo się boi go spotkać. Druga udaje, że mnie nie widzi, nie wiem zupełnie dlaczego, jak próbuję się do niej odezwać, to robi minę jak obrażona tchórzofretka. Trzecia w ogóle nie kuma, co się wokół dzieje, jak się do niej człowiek odezwie, na jakikolwiek temat i w jakimkolwiek języku, to jest taka zdumiona, jakby właśnie przemówił do niej kubek kefiru. Że pominę oczywistą kwestię pod tytułem, co je to obchodzi, że wokół są ludzie, którzy nie znają francuskiego, one znają i wystarczy. Reszta niech się zastanawia, o czym one mówią.

Ale o czym to ja...? A! Reszta uniwersytetu znajduje się w miejscowości Leioa, pół godziny autobusem od Bilbao, no ale się nie widujemy i nie znamy niestety. A ja się właśnie zaznajamiam, przez mojego Brazylijczyka artystę. I to są naprawdę fajni ludzie. I się dobrze bawię. O. Brazylijczyk się jednak przydaje czasami.

Bo nie pisałam, jak go uczyłam myć podłogę, prawda? Nie pisałam, że są na tym świecie dwudziestoczteroletni mężczyźni, którzy potrzebują, żeby im wytłumaczyć, że jak woda w wiadrze jest bardziej brudna niż podłoga, to efekt jest odwrotny do zamierzonego? Nie? Na jakiejś imprezie wylała się puszka mleka kokosowego. Więc ktoś wziął mopa, trochę zimnej wody i to sprzątnął, wiadro odstawiając później w kąt. No i następnego dnia Brazylijczyk działa. Z tą zimną wodą z mlekiem kokosowym w proporcji 1:2.

Ale ja o reszcie Erasmusów miałam. Wczoraj na przykład robiliśmy Erasmusową pizzę. Ze Szkotem i Angielką. Bardzo im się Pidżama Porno podoba. I byliśmy na wycieczce nad oceanem i w ogóle było zajebiście.

A propos. Pamiętacie okres świetności Edyty Górniak? Jak pojechała do Londynu, nauczyła się po angielsku, nagrała parę piosenek i Europa się nią na miesiąc zachwyciła? Dzisiaj w baskijskim radiu jedną z tych piosenek puścili. Muszę przyznać, że różnych rzeczy się po sobie spodziewałam, ale że Edyta Górniak we mnie wywoła kiedyś coś na kształt narodowej dumy - nigdy w życiu!

A poza tym Semana Santa, oni tu chodzą po ulicach w takich kapturach jak Ku Klux Klan, idą i walą w bębny. W zeszłym tygodniu miałam wątpliwą przyjemność jechać autobusem za taką procesją. Myślałam, że umrę z przerażenia. Serio. Katolicyzm to jest naprawdę dziwna religia. Bardzo dziwna.
23:50, mrs_dalloway
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 kwietnia 2009
Bruce. Kupiłam dzisiaj DVD. Znaczy przez internet. Ktoś tam w Polsce odbierze. :)

Gdyby ktoś się kiedyś zastanawiał, po co jest muzyka:



Boże, H. mi ostatnio przysłał pdfa ze swoją pracą inżynierską i wtedy sobie zdałam sprawę, jak ja się tu OPIERDALAM. Po prostu. I wybaczcie, ale żadne inne słowo nie pasuje.
01:58, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Z tymi moimi końmi to jest tak, że ja je uwielbiam. Uważam, że koń to jest zwierzę niezwykłe, jedno z niewielu zwierząt, które człowieka uszlachetnia. Bo pies, cudowny przyjaciel, będzie przywiązany do człowieka, nawet jeśli ten go bije i poniewiera. Nie jestem pewna, czy taki, co poniewiera psa to jeszcze jest człowiek, ale przyjmijmy, że jest. A koń wymaga szacunku, tak? Może po prostu dlatego, że jest większy. A może jest zwierzę szlachetne, nie wiadomo. Ale tak jest. I ja uwielbiam konie, chyba nic mi w życiu nie sprawiało tyle satysfakcji, co praca z końmi i z dzieciakami w przedszkolu. Pokazywanie dzieciakowi, że jest za konia odpowiedzialny i że może z nim współpracować i przyglądanie się, jaką radość może dać odkrywanie takiej prostej rzeczy.

Ale jeżdżę to ja raczej beznadziejnie. Zresztą, ja w ogóle nie jestem stworzona do uprawiania sportów w jakiś bardziej zaawansowany sposób, potykanie się o własne sznurówki, spadanie ze wszelkich możliwych schodów i czołowe kolizje z wszelkiego typu słupami, klombami i murkami, które mi się zdarzają z niewiarygodną częstotliwością, mówią chyba same za siebie.

A w ogóle - tutaj z końmi się pracuje zupełnie inaczej niż w mojej stajni w Warszawie. Te nasze są po prostu zajeżdżone przez idiotów, którzy przychodzą na jazdę konną zaliczać wuef, bo im się wydaje, że na koniu to się przecież siedzi, nie? Więc to łatwiejsze niż ping-pong. (ostatnio mi Francuz podpadł, bo mówi, że jazda konna to nie jest sport, bo to koń biega i skacze, a ja siedzę, pytam, czy kiedyś siedział, mówi, że jak był mały i już nie pamięta, ale to przecież widać, że się siedzi i tyle, żadna sztuka, tak? to się nie da gadać z takimi ludźmi w ogóle) W każdym razie te hiszpańskie konie są znacznie delikatniejsze, mocniej reagują na pomoce, no i przez pierwsze jazdy to było ze mną tragicznie. Naprawdę się nie mogłam ogarnąć. A wczoraj było super. Dostałam taką andaluzowatą klaczkę i szło nam świetnie. Zostałam pochwalona przez panią instruktorkę, po jeździe rozmawiamy, pani instruktorka mówi, że rozumie, że dobrze, że i tak się szybko przyzwyczajam, no i w ogóle. Ja mówię, że z tą klaczką mi się dobrze pracuje. Pani instruktor się zdziwiła i mówi, że nie kuma, bo ona to tego konia nie lubi i że to najgłupszy zwierzak w stajni... To ja już nic nie rozumiem.

A, w piątek na urodzinach Alaine byłam przebrana za Julię Roberts albo za Susan Sarandon (miałam być postacią z filmu). Miałam rudą kręconą perukę i byłam pięknista, a reszta była do dowolnej interpretacji czytelnika. Ruda peruka to rzecz idealna, zwłaszcza, jak po wizycie u fryzjera się wygląda jak Motomysz z Marsa.

Ze śmiesznostek, ale raczej sytuacyjnych. U nas w mieszkaniu jest salono-kuchnia, od salono-kuchni taki mały korytarzyk, a w korytarzyku nasze pokoje i łazienka. I ja się w ramach tych urodzin zatrzasnęłam w korytarzyku, tzn. drzwi między korytarzykiem a salono-kuchnią się zepsuły i się zatrzasnęły. Ze mną w korytarzyku. No i w salono-kuchni tłum Hiszpanów, Francuz i Brazylijczyk artysta rozkminiają, jak mnie otworzyć. Zanim się ogarnęli, to ja się sama otworzyłam. Pilnikiem do paznokci. Mówcie mi MacGuyver (ktoś go jeszcze pamięta?). A potem, żeby drzwi się nie zamykały postawiliśmy ananasa. Ananas w drzwiach wygląda wyjątkowo absurdalnie. Zresztą. O, tak wygląda:



Robiłam zdjęcie, Francuz pyta, po co mi zdjęcie ananasa w drzwiach. Mówię, że mojemu bratu by się spodobał. Zdjęcie zostało wrzucone na fejsbuka i natychmiast skomentowane przez mojego brata, że mu się podoba. Francuz się bardzo dziwował. Zresztą, Francuz mnie uważa za totalną wariatkę, więc nie wiem, czemu się dziwował. A, i skonstatował, że mój brat jest do mnie zupełnie niepodobny, chociaż nie wiem, jaki to ma związek z czymkolwiek. O.
22:11, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
Hable con ella
mrs_dalloway@gazeta.pl
gg 1608904