...czyli dziewczyny z politechniki przygody z kobiecością.
RSS
wtorek, 28 września 2010
Się przeniosłam. Tu. Ładniej tam jest. I wygodniej.

Ale tam i tak jakoś dużo tekstu nie ma, nie miałam czasu na to po prostu. Najgorsze wakacje w życiu. Serio. Nawet nie wiecie, jak czekam na październik, choćby się ten Golfsztrom naprawdę całkiem zatrzymał i nie tylko zima tysiąclecia, ale i kolejne zlodowacenie. Serio.
19:48, mrs_dalloway
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 lipca 2010
Kocham pana hiszpańskiego piłkarza, który się nazywa David Villa. Serio. Nie dość, że jest takim rozkosznym hiszpańskim misiakiem, to jeszcze się tak cudownie cieszy, jak strzeli bramkę, no i strzela tych bramek tyle, że o jaaaa... A dzisiaj Hiszpanii uratował, za przeproszeniem, dupę. Jakby ktoś go jakoś znał, to niech mu namiar na mnie podrzuci, dobra?

Już jestem przeprowadzona, i w dodatku pani na włościach, bo mój nowy współlokator, W., pojechał na jakiś rajd rowerowy, czy pielgrzymkę, czy co tam i wraca jakoś pod koniec przyszłego tygodnia. Więc dzisiaj: a) zrobiłam pranie w normalnej pralce - nie zwożąc go uprzednio windą 8 pięter w dół, b) wzięłam prysznic w normalnej łazience, bez konieczności biegania po schodach z całą baterią kolorowych buteleczek, c) zrobiłam sobie sałatkę w normalnej kuchni. I, o Dios mio!, jak mi jest z tym dziwnie... Naprawdę, jeszcze z tydzień mi będzie potrzebny, żeby się zaaklimatyzować.

Mechanikę płynów zdałam, tak sobie szczerze mówiąc, nie jestem z siebie w tej kwestii bardzo zadowolona, ale jeśli się uwzględni okoliczności przyrody, to chyba jednak powinnam być dumna. No bo przy tej całej pracowo-wyjazdowej nerwówce...? Dajcie spokój. A profesor S., oczywiście: "Pani Aniu? Co się dzieje? Nie umie pani... Zakochana pani jest? Albo może chora?" I że ja nie mogę marnować swojej inteligencji i muszę coś zrobić sensownego ze swoim życiem. Ja pierdolę - za przeproszeniem, rzecz jasna. W tym cholernym Dojczlandzie też usłyszałam, że jaka ja jestem inteligentna, że jak weszłam do biura, to wszyscy byli pewni, że to pomyłka, bo tak po angielsku to może mówić tylko native, a potem jeszcze zaczęłam z tym germanizowanym Peruwiańczykiem rozmawiać po hiszpańsku i czy ja na pewno nie mam jakichś hiszpańskich korzeni...? I że oni właśnie wpadli na genialny pomysł, jak rozwiązać problem i jak to, że już tak próbowałam? Skąd ja to wiem? (się Wam pochwaliłam, muszę tak, bo od tego trochę ze mnie schodzi powietrze, kumplom nie mogę, bo im się wydaje, że się popisuję, a ja po prostu mam straszny dyskomfort jak mnie tak chwalą, wiadomo, o co chodzi, nie?). No i że powinnam się zdecydować, czy chcę u nich pracować na stałe i że nie można tak robić, że jak mnie szef wszystkich szefów pyta, co chcę robić po studiach, to ja mówię: "Nie wiem." No ale co ja mam, do ciężkiej kurwy, mówić, skoro ja naprawdę nie wiem...? Że powinnam mieć na siebie jakiś pomysł, jakiś plan.

Miałam kiedyś na siebie takie plany, że łał. Pół wszechświata miało być wypełnione sprzętem podpisywanym przeze mnie. To się wszystko rozleciało na kawałeczki, a ja razem z tymi planami. I teraz nie mogę sobie na coś takiego drugi raz pozwolić, bo nie wiem, czy się tym razem pozbieram. I doskonale wiem, że te plany powinnam po prostu mieć jakieś sensowne i ujarzmione i że wtedy będzie dobrze. Wiem, ja wszystko to wiem. Ale tak bez planu mi naprawdę jest fajnie. A oni o tym, że jak ja jestem taka inteligentna, to ja powinnam. Ta rzekoma "taka inteligencja" sama w sobie mi wystarczająco życie komplikuje,a oni jeszcze z tymi decyzjami. Czy ja naprawdę muszę takie decyzje podejmować...? Czy to się nie może jakoś tak dziać samo z siebie...? No nie może widocznie. Trudno, znowu będę rzucać monetą.

A, przy okazji tego wyjazdu boski Ridż mnie urzekł po raz kolejny zupełnie. "Szkoda, że ty tam sama jedziesz. Pamiętaj, że bilet na kolejkę masz sobie kupić taki i taki. I jakbyś się zgubiła, to się nawet nie zastanawiaj, bierz taksówkę. I pewnie nie będziesz miała czasu, ale gdybyś miała, to idź na spacer tam i tam, bo szkoda tam być i tego nie zobaczyć. A na obiad to idź tam i tam. Spoko, poradzisz sobie, dorosła w końcu jesteś, nie?" Taki się z niego troskliwy miś zrobił, że aż sama nie wierzę... Ciekawe, czy ma tęczę na brzuszku...? Bo normalnie, to jest jadowicie złośliwą łajzą z megaabstrakcyjnym poczuciem humoru, za co go zresztą uwielbiam, tak? :) A teraz nie dość, że się uśmiecha, to jeszcze robi wrażenie, jakby się o mnie martwił... Toż to moja własna matka się tak o mnie w życiu nie martwiła... Ja nie wiem nawet, jak się na takie coś powinno reagować.

Czy ja nie mogę być przez to wszystko raz na zawsze zostawiona w spokoju...?

Co w tym wszystkim jest fajne, to ten germanizowany Peruwiańczyk. A nawet nie tyle sam Peruwiańczyk, co to, że mogłam z nim gadać po hiszpańsku. Ja kocham mówić po hiszpańsku. Jak mówię po hiszpańsku, to mówię trzy razy więcej niż po polsku... Robię błędy i wymyślam słowa i w ogóle jestem w ten hiszpański beznadziejna, ale go ubóstwiam. Serio. Kosmos zupełny.
23:26, mrs_dalloway
Link Komentarze (8) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Jestem*:

a) w czarnej dupie z mechaniką płynów. Jutro rano jest egzamin. Znowu się będę musiała naspidować colą i całą noc siedzieć. Cudownie. Ta mechanika to jest przedmiot, który ludzi z napisanymi pracami magisterskimi potrafi trzymać jako studentów po dwa lata... Zajebiście, nie?

b) kompletną idiotką. Utopiłam przedwczoraj w kiblu telefon. Nie pytamy, jak to się stało, nie chcemy znać szczegółów. Dość, że telefon nie działa. Jestem także w trakcie poszukiwania na różnych elektronicznych forach magika, który mi z niego ściągnie listę kontaktów. Tak, wiem, że rozsądni ludzie robią back-up takich rzeczy, jak lista kontaktów. Ale rozsądna to ja akurat nie jestem. Nigdy nie byłam.

c) w trakcie przeprowadzki. Na Krochmalną jednak. Długa historia. Grunt, że mieszkanie z cywilizowanym człowiekiem, internetem, niedrogie i w samym centrum. Szczęściarą - tak, jestem. Zawsze byłam.

d) w trakcie przygotowywania własnej delegacji do Dojczlandu. Na kompletnego wariata, bez sensu, ładu, składu i w ogóle dramat. A w tle są ludzie z połamanymi kończynami i moje tegoroczne wakacyjne plany oddalające się dzikim galopem w stronę horyzontu. :/ Ale za to zarobię tyle, że we wrześniu będę mogła wrócić do Hiszpanii. Chociaż na tydzień. Może do Sewilli? Albo znowu Barcelona? Nie, nie będę się teraz rozklejać.

e) zakochana jak dziki osioł! Jak jeszcze nigdy! W facecie, który ma drugie pół mojego mózgu. I który chyba to powoli zaczyna zauważać, no bo to nie jest możliwe, żeby on się tak uśmiechał ot, tak sobie, tak...? I żeby mi opowiadał takie rzeczy w ramach koleżeńskiego small-talku... I żeby tak na mnie patrzył, jak ja mówię, nawet jeśli mówię nie do niego... Boże, tym razem, jak wreszcie walnę w ziemię, to z taką siłą, że tsunami zaleje całą południowo-wschodnią Azję...

*wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.
23:24, mrs_dalloway
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Ja wiem, że mądrość ludowa mówi, że od przybytku głowa nie boli, ale ja mam już tyle propozycji mieszkań, że naprawdę nie wiem, co zrobię. Będę monetą rzucać znowu chyba. No bo z jednej strony dobrze mieszkać z kimś, kogo się zna i się wie, że nie zostawia w każdym miejscu brudu, nie słucha do 5 rano rosyjskiego techno i nie śpiewa nago piosenek o chorobach wenerycznych, ale z drugiej strony jak się mieszka z kimś, kto jest tylko i wyłącznie współlokatorem, a nie przyjacielem, to można go spokojnie opieprzyć, jak coś nie pasuje. I można go zapytać przy oglądaniu mieszkania czy zna jakieś piosenki o chorobach wenerycznych, nie...?

Najgorszy tydzień z głowy, jeszcze tylko parę wielkich egzaminów, na które nic nie umiem, ale spoko. Mam czas żeby to ogarnąć. Choćby i do września.

Poza tym: wiecie, że Polska będzie miała swojego satelitę?! Hurra! Jeszcze trochę i na Marsie wszyscy będą gadać "Panem Tadeuszem"! A na razie głosujemy na nazwę dla satelity. O tutaj. Na Lema oczywiście.

A, i coś jeszcze miałam... Że Olga Lipińska z kabarecikiem wróciła do TVP. Hardkorowo, jak to ona. Strasznie fajnie. Całość jest do obejrzenia na stronie TVP, nie chce mi się dłubać teraz, jak ktoś chce, to znajdzie. Swoją drogą to dziwne, że ją tak przed wyborami wpuścili na wizję, nie...?

A, i jeszcze pani Imogena, czyli moje ostatnie odkrycie. Fajna jest.



Wiecie, że na serwisach randkowych są sami idioci? I ja jako kolejna idiotka. A. mi się kazała zarejestrować, nie wiem, czemu im się wszystkim wydaje, że mi jest samej źle. Jakby mi było źle, to bym chyba nie była sama. Chyba. No, ale A. kazała, ja się zarejestrowałam i piszą do mnie teraz jacyś dziwni ludzie, jeden koleś mnie zapytał czy mam aktualne badania medyczne. Napisałam, że tak, mam nawet szczepienie przeciwko tężcowi i paszport polsatu, ale chyba nie ogarnął żartu. Odpisał, że też jest zdrowy. Creepy.
01:46, mrs_dalloway
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 czerwca 2010


Leci czasem na ekranie, który wisi nad akademikiem. Potrafię wtedy stać i gapić się w ten ekran z rozdziawioną szczęką.

I zastanawiam się, czemu ja stamtąd właściwie wróciłam.

Jestem sentymentalna?

Świetnie zrobione te reklamy, tak by the way.

Byłam pewna, że na którejś z nich jest Guggenheim, ale teraz go nie widzę. Uroiło mi się, czy co...? Z tęsknoty...?
01:05, mrs_dalloway
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010
No więc tak. Pracy nie muszę zmieniać, bo boski Ridż w końcu nie przyszedł. Przyszło za to mnóstwo innych ludzi, którzy byli strasznie kochani i cudowni i w ogóle ja czasami sobie zapominam, że ja mam tylu przyjaciół, którzy są takimi niesamowitymi ludźmi. A nie powinnam, bo jak się ma świadomość, że są tacy ludzie, że są tacy wspaniali i że jest ich tylu, to jest kosmos. Serio serio.

No ale ta świadomość oczywiście nie przeszkodziła mi na samej imprezie zrobić się na smutno, rozpłakać, wyznać wszystkim, że tak naprawdę to miłością mojego życia od zawsze jest M. (który btw na tej imprezie zachowywał się strasznie, miał focha, był obrażony i za każdym razem, kiedy próbowałam do niego podejść to mówił: "Jesteś pijana." i się odwracał i w końcu wyszedł ostentacyjnie, mówiąc, że idzie na inną imprezę), po czym udać się na resztę wieczoru na Pola Mokotowskie i tam pić malinowego Redds'a z M., która jest najcudowniejszą z moich przyjaciółek.

No. Więc właściwie mogłabym zmienić uczelnię. Praca zostaje.

Zresztą, po całym tym cyrku, w poniedziałek, M. tylko powiedział: "Ja nie wiem, co ty sobie myślałaś." Uroczy jest, nie?

A poza tym w trzy dni mam pięć zaliczeń i dwa projekty do oddania i nie wiem, kiedy ostatnio coś jadłam, no i o. Najgorszy tydzień najgorszego semestru przede mną. Szczęście, szczęście.

A z newsów - opuszczam akademik. Wszystko mi jedno, gdzie będę od lipca mieszkać, najprawdopodobniej na Pradze, wszystko lepsze niż moi sąsiedzi, którzy we ubiegły wtorek urządzili mi piekło. Do czwartej rano śpiewali, najczęściej pieśń o radosnym refrenie: "Gdybyś była dla mnie miła, to nie żarła by cię kiła", a jak do nich weszłam do pokoju prosić, żeby się trochę uciszyli, to okazało się, że jest ich tam z sześciu, wszyscy półnadzy, filmowani przez jakąś laskę. Ubraną. I o tych chorobach wenerycznych. Ja już jestem na to za stara niestety... I na podpalony kibel i inne takie atrakcje. Naprawdę. Dosyć.

I mam kieckę na ślub P. Dziwne uczucie. Mieć taką "fancy" kieckę. I rolę ślubnego świadka w perspektywie.
21:33, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010


Bo boski Ridż powiedział, że przyjdzie na moją imprezę urodzinową. Bo jak się witamy, to mnie o ułamek sekundy za długo trzyma za rękę. Bo nagle przestał mi wchodzić w słowo i zaczął słuchać.

I wcale mi się to nie podoba. I ta impreza się skończy strasznie (w ogóle będzie chyba potwornie dużo ludzi - ja jeszcze nie umiem ocenić skali zjawiska, więc naprawdę nie jest dobrze). I właściwie już mogłabym zacząć szukać innej pracy.

A jutro o ósmej mam kolokwium z metod numerycznych. Nic nie ogarniam. Zupełnie. Zajebiście, nie?
23:18, mrs_dalloway
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 maja 2010
Poszłyśmy z A. do kina w piątek. Na "Jaśniejszą od gwiazd". Film jest niezły, trochę przydługi, ale przepiękny wizualnie, mądry, z wyrazistymi postaciami, dobrze opowiedzianą historią i paroma świetnymi scenami (przecudowna jest ta z idącą przodem Malutką i Fanny i Keatsem z tyłu, zastygającymi w bezruchu za każdym razem, kiedy Malutka się odwraca).

No. I siedzimy w tym kinie, a przed nami jakieś dwie laski. Co chwilę wybuchają śmiechem. Jak Keats recytuje swoje zupełnie nieśmieszne wiersze, jak Keats żegna się z Fanny, jak Fanny dostaje wiadomość o jego śmierci - ja z przodu słyszę ordynarny idiotyczny rechot. Film się kończy, a te laski z przodu wydają z siebie westchnienie ulgi, ale takie głębokie, że chyba aż spod samej trzustki. I wtedy cała sala wybucha śmiechem.

A ja siedzę, gapię się w napisy i nie rozumiem. Serio. Nic nie rozumiem. Oni inny film oglądali? Czy że co?

A A. mi tłumaczy, że ona rozumie. Że film był nieznośnie patetyczny. I że oni do siebie mówili wierszami i kto tak mówi? Nikt tak teraz nie mówi. I że kiepski ten film.

No więc ja znowu pytam, czy my byłyśmy na tym samym filmie. Bo ja poszłam na film o poecie romantycznym i to, że ten poeta mówi swojej ukochanej swoje wiersze mnie jakoś szczególnie nie dziwi. Dziwiłoby mnie, gdyby do niej mówił: "Ej, z twarzy to jesteś zajebista dupa." A tak się teraz mówi, tak? Najlepszy zestaw dla mojej Krysi. Czy coś.

I dzwonię dzisiaj do matki i opowiadam. A matka mówi, że doskonale wie, o co chodzi. Bo ostatnio do niej przyszła sąsiadka z wypracowaniem córki. Córka jest w gimnazjum i miała napisać rozprawkę o postaciach, które mają cechy negatywne, ale mimo to się ich nie potępia, bo są to postaci zabawne. Papkin, Zagłoba, tak? A ta mała napisała, że ją bawi "Stary człowiek i morze". Bo jest stary i mimo to płynie po rybę, której nie może złowić. I że Romeo i Julia też ją bawią. Bo tak idiotycznie umarli. I matka też nie rozumie. Bo jej Hemingway nie bawi.

I mówi, że z filmami jest tak samo. Też muszą bawić. I najlepiej jeśli nie opowiadają historii (bo to wtedy trzeba po godzinie filmu pamiętać początek, a komu by się chciało), tylko są zestawem skeczów. Bo byłyśmy w zeszłym tygodniu na "Człowieku, który gapił się na kozy" i to jest zabawny film. Ja się śmiałam. Widać, że ci wszyscy dobrzy aktorzy (Spacey! Bridges! Clooney! - rewelacyjni) też się tym filmem bawią. Pojechali na pustynię się wygłupiać i jeszcze na tym zarobią. Czemu nie. Ale cały urok filmu to pojedyncze sceny - skecze właśnie (Clooney gapi się na kozy, Clooney gapi się na McGregora, Clooney tańczy), fabuła jest drugoplanowa, jeśli nie zupełnie nieważna. I nie musisz pamiętać, co było na początku. Wszystko proste, łatwe i przyjemne. Bez tłuszczu, bez cukru, bez kalorii. Trawi się od ręki.

Nie to, co Keats.
00:36, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010
Nienawidzę się za to. Za to swoje matkoteresowanie. Wystarczy, że ktoś miauknie, że jestem potrzebna i ja jestem tym taka uradowana, że pędzę, lecę, biegnę ratować, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że dzisiaj miał być dzień dla mnie, na moje sprawy, na moje życie, na moje bzdury. Marnuję cały dzień, jestem wykończona, a potem się jeszcze sama sobie tłumaczę, że i tak bym nic ważnego wtedy dla siebie nie zrobiła, bo całe moje życie to jedna wielka bzdura i nic się w nim ciekawego nie dzieje. Wsio ryba. Może bym się chociaż wyspała. Albo paznokcie pomalowała, cokolwiek. A tak, proszę bardzo, wszyscy uważają, że ratowanie im dupy to jest mój psi obowiązek, a ja znowu mam pół paznokcia odpryśnięte i padam na pysk.

Kto o ciebie, kretynko, zadba, jeśli ty tego nie zrobisz...? No weź się zastanów. I się postaw czasami tym wszystkim nieszczęśliwie uciśnionym, co?

Naprawdę jestem już wykończona. Gdzie ten cholerny lipiec? Daleko jeszcze?

Moja średniowieczna kiecka jest za to piękna. Czerwona, z granatowymi długaśnymi rękawami, o jaaaaa... Jest zajebista. Serio. Jeszcze muszę pasek do niej kupić i w ogóle będzie szał. 
23:33, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 kwietnia 2010
Ja bym się chciała trochę wytłumaczyć z tej mojej antyżałobnej podłej jadowitości. No bo tak...

Od razu mówię, że się z niczego nie wycofuje, nadal nie wierzę w te krokodyle łzy wylane przez naród nad trumną Kaczyńskiego. Naród lubi wspólnie, ale wspólnie cieszyć to się nie ma raczej z czego ostatnio, a popłakać wspólnie też nieźle... A i na świeżym powietrzu, pogoda była ładna, po takiej długiej i upierdliwej zimie to też nie jest bez znaczenia...

A ci z głową do interesów zarobili na kwiatach i zniczach, PKB skoczył, OK. Dobra, miało nie być jadowicie...

Miało być o tym, że czuję się ostatnio beznadziejnie. Wzięłam na siebie za dużo. Ten semestr jest duży i trudny, w dodatku zajęcia są prowadzone zupełnie bez sensu. A ja jeszcze chodzę to tej cholernej pracy, i niby tam jest fajnie, mam fajnych kolegów, przyjazne warunki, perspektywy rozwoju, srata tata. Ale te 20 godzin w tygodniu to przy moim planie jest zabójcza ilość czasu, a ostatnio się wszystko jakoś pieprzy i siedzę w tej pracy dłużej. W środę miałam wyjść o 11.30 i iść na wykład i wyszłam o... 17. Świetnie, nie? Poza tym ten cholerny Ridż, który się do mnie tak uroczo uśmiecha i doprowadza mnie do jakiegoś zupełnego obłędu, czy on nie może mnie po prostu ignorować? To nie jest jakieś specjalnie trudne chyba... No w każdym razie ja jakaś jestem znerwicowana ostatnio, organizm mi się porządnie rozregulował i daje coraz wyraźniej znaki, że już dosyć. No ale co ja mogę? Do czerwca musi w takim tempie dociągnąć i już. A ja tylko muszę jakoś uważać, żeby się znowu nie rozsypać na kawałeczki, bo tym razem będzie jeszcze trudniej się pozbierać... Więc o, nie mogę spokojnie patrzeć na ten naród, który na cały tydzień zidiociał zupełnie i biegał w jakiejś totalnej kołomyi, między teoriami spiskowymi, trumnami i demonstracjami. Ale już tym ludziom chyba lepiej. I mi też. I szkoda tylko, że M. ciągle ma obrażone uczucia patriotyczne i się do mnie nie odzywa. Przykro mi, że on nie rozumie...

Zresztą, on też nie ma łatwo. Wszyscy mamy kłopot, wszyscy kończymy studia, powinniśmy teoretycznie zaczynać tak zwane dorosłe życie, ale nikt nie ma ani szczególnej ochoty, ani pojęcia na czym to "dorosłe życie" ma polegać i jak się za nie zabrać. I nie wiem, jak oni na to reagują. Ja jestem po prostu przerażona... I rozważam rzucenie stabilnej korporacji (no bo czy ja tak mam dożywotnio znosić tego boskiego Ridża, który mnie doprowadza do szału, bo powinien mnie olewać, a się uśmiecha?) i wyjazd na misję humanitarną do Afganistanu/Sudanu/gdzieś-indziej-gdzie-jest-pustynnie-i-można-się-do-woli-upijać-adrenaliną.

No ale wiosna przyszła, magnolie kwitną (a ja kocham magnolie), cieplej się zrobiło...

No i jadę na kolejną średniowieczną majówkę jako chłopiec do koni. I chyba na tę okoliczność kupię od O. średniowieczną kieckę. Będę miała własną średniowieczną kieckę! Nie mam się w co ubrać na ślub P., na którym mam być świadkiem, ale będę miała średniowieczną kieckę! A z tym ślubem P., to gorsze jest to, że nikt ze mną nie pójdzie... Moi kumple mówią, że nawet gdybym im zapłaciła, to nie pójdą. Nie ma takiej siły, która ich zaciągnie na wiejskie wesele pod Kielcami...

A, wulkanowi zwracam honor, on się nazywa Eyjafjoell. Eyjafjallajoekull to lodowiec. Umiem to już wymówić. Jestem zajebista?

I na zakończenie to:



Chodzi za mną od dawna. Ten pan jest naprawdę rozkoszny. Tylko buty ma fatalne, zdecydowanie wolimy tego pana w trampkach, ale to nie szkodzi... I tak fajnie przytupuje.
00:06, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010
Ja nie wierzę. Serio. Czytam poważne serwisy informacyjne, a czuję się jakbym czytała wspólne dzieło Witkacego i Gombrowicza napisane w pijanym widzie.

Naród demonstracje organizuje przeciwko i za pogrzebem prezydenta (moim ulubionym głosem w tej dyskusji jest grupa na fejsbuku, rosną ci one teraz niczym grzyby po deszczu, wiwat pluralizm!, wiwat wolność słowa!, grupa nazywa się "TAK dla pochowania Kaczyńskich w piramidzie Cheopsa").

Naród rozpacza. Kolejka do trumny prezydenta to osiemnaście godzin czekania. To chyba w kolejkach po pralki się tyle nie stało, co? Nie wiem, matkę muszę zapytać. Ludzie z dziećmi czekają, a służby porządkowe nie nadążają z podawaniem wody i ciepłych napojów mdlejącemu z rozpaczy ludowi.

Ale uwaga, żeby naród z tej rozpaczy się czasem nie zaczął zachowywać nieprzyzwoicie - prohibicja! Wiadomo, ktoś by się jeszcze z tej rozpaczy upił na wesoło? Byłaby kompromitacja na całej linii.

Za to żeby osłodzić chociaż młodzieży trudny czas po śmierci ukochanego prezydenta PiS wpadł na genialny pomysł: obowiązkowe wycieczki szkolne! Do Katynia! Moje pytanie brzmi: Dlaczego nie na Dominikanę? Tam Legiony dla Napoleona się tak pięknie dały wyrżnąć! Przecież to takie kształcące!

A na koniec, jako ostateczny dowód, że my Polacy, Mesjasz i Winkelried Narodów, zawsze mamy pod górkę i pod wiatr: sabotuje nas także islandzki wulkan o wdzięcznej nazwie Eyjafjallajokull. (EYJAFJALLAJOKULL - czy ktoś z Was chociaż spróbował to przeczytać na głos?! a on się tak naprawdę nazywa!) I jakże, ach jakże, nasz największy przyjaciel Barack - "Wszyscy-jesteśmy-Polakami" (chociaż niektórzy bez wiz) - Obama przyleci i wyląduje, skoro nawet lotnisko w Rzeszowie, które zapowiedziało, że godnie przyjmie i ugości, zostało zamknięte?! No jakże?!

Kochany Witoldzie, siedzisz sobie teraz gdzieś na tej chmurze pyłu wulkanicznego i ryczysz ze śmiechu. Ja słyszę.
01:17, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
O polityce to ja chyba nigdy nie piszę, bo mnie sam temat mierzi, zresztą ja nie sądzę, żeby ten cyrk, który się w Polsce uskutecznia zasługiwał na szumne miano "polityki". Kaczyńskiego nigdy nie uważałam za człowieka nadającego się na prezydenta. Nadal uważam, że tę funkcję spełniał raczej marnie. I wydawało mi się, że ludzi, którzy tak myśleli, zawsze było sporo, a tu okazuje się, że od soboty jestem w błędzie.

Od soboty Lech Kaczyński jest mężem stanu, kwiatem narodu, wodzem od Piłsudskiego różniącym się tylko brakiem wąsów, nie wiem, czym tam jeszcze. I tak się ze zdumieniem przyglądam tym nagle cudem odnalezionym zdjęciom, na których Kaczyński wygląda jak normalny człowiek, nie ma przykrótkich spodni, źle skrojonej marynarki, miny kretyna i nie jest zaplątany w kabel od słuchawek. Bo dopóki żył, to głównie takie zdjęcia były publikowane. I słucham peanów. I tak się zastawiam? Czy śmierć w tragicznych okolicznościach robi z kiepskiego polityka męża stanu?

I mam takie wrażenie, że znowu potworna tragedia się zamieniła w konkurs, kto głośniej płacze i kto ma bardziej nieszczęśliwą minę. I to konkurs w każdej skali - no bo tam na tzw. górze, ten, kto ma w tym konkursie lepsze osiągi, ma jakby bliżej do fotela prezydenckiego, nie? A tu u nas dole, to chyba tak dla sportu. Pod Pałacem nie byłam, ale co ktoś opowiada, to raczej historie z gatunku: "Pan tu nie stał!", "Ja tu calutką noc z dzieckiem małym stoję, a pan dopiero przyszedł i się pan pcha!" Ja już zdążyłam dostać opieprz od A. (bo nie poszłam na żadną z siedemnastu tysięcy mszy organizowanych za pamięć - dlaczego mam chodzić na msze teraz, skoro w ogóle bywam w kościele tylko na ślubach?) i od M. (bo uraziłam jego uczucia patriotyczne przypominając sobie teraz, zupełnie nie w porę, że Przemysław Edgar wygrał z majonezem kieleckim plebiscyt na symbol Kielecczyzny i twierdząc, że to dobrze, że nasz wydział nie odwołał na okoliczność żałoby zajęć).

A mógłby odwołać, bo w tej katastrofie zginęła moja koleżanka. Piszą o niej teraz w różnych miejscach - zresztą piszą prawdę, to była niesamowita dziewczyna, mądra, piękna, pogodna i taka naprawdę dobra. Dobra w takim sensie, w jakim się tego słowa już teraz rzadko używa. I ja nie jestem sentymentalna i rzadko płaczę, ale jak się dowiedziałam, że Justyna tam była i zorientowałam się, że już nigdy nie usłyszę, jak się śmieje, to naprawdę poczułam się podle. O, tyle.

I po Justynie mam żałobę. A po prezydencie nie. I to jest moja prywatna żałoba, nienarodowa. Bez czarnych kokardek na torbie, bez flagi w oknie i godła w profilu na fejsbuku.
16:09, mrs_dalloway
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Chciałabym wam tylko oznajmić, że w piątek wyjeżdżam do Kuala Lumpur. Dowolnym środkiem transportu, choćbym miała przez Ocean Indyjski przepłynąć w starej wannie. Jak ta moja wanna wyląduje w Wellington, to się też nie obrażę. Im dalej, tym lepiej.

Tutaj proszę bardzo dzieło oddające mój dzisiejszy stan ducha. Dzieło Marka Raczkowskiego, rzecz jasna, jeśli połamałam jakieś prawa autorskie przy okazji, to przepraszam, niechcący.

Wszystko sprowadza się do tego, że jak zwykle najpierw mówię, potem myślę. A najprawdopodobniej jeszcze zanim powiem, to narobię zamieszania jak stado pijanych surykatek co najmniej.

I tak, boski Ridż mnie dzisiaj odwiózł z pracy, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że co zdanie, to robiłam z siebie większą idiotkę.

I nic nie ma znaczenia, ani to, że wczoraj sobie wydłużyłam biegową trasę do trochę ponad 6 kilometrów i nawet się bardzo nie zmęczyłam, ani to, że dzisiaj na płynach poprawiałam profesorowi S. wzory na tablicy i dostałam od M. komplement pod tytułem: "Kurwa, jaka ty jesteś mądra!". To naprawdę jest bez znaczenia.

Sama z siebie zrobiłam dzisiaj kompletną idiotkę, jutro i pojutrze moi kumple dopełnią dzieła i skończy się to albo pierwszym w świecie samotnym rejsem w wannie albo apopleksją albo dokonaniem żywota w towarzystwie 15 kotów, które będą miały na imię von Karman, Navier-Stokes i Galerkin. 12 imion jeszcze wymyślę. W tej wannie. Będę miała czas. O Jezu.

I jeszcze słuchawki zgubiłam do tego wszystkiego. No świetnie.
21:00, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 marca 2010
Mam ostatnio takie wrażenie, jakbym oglądała swoje życie w telewizji. Serio. Jakby to był jakiś kiepski serial. To, co się w tym serialu dzieje, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Mało tego, serial ten jest zupełnie idiotycznie niedorzeczny i albo się w niego wgapiam w zdumieniu albo mam ochotę rechotać obłąkańczym śmiechem.

Wszystkie zajęcia, na które chodzę, są kompletnie bez sensu. Wszystko, co nam próbują na tych zajęciach pokazać, pokazywali nam już wcześniej albo kazali nam się samym nauczyć, żebyśmy się w ogóle mogli wziąć za jakikolwiek projekt czy pracę przejściową. W dodatku i wykładowcom i studentom się wydaje, że są w jakiejś zajebiście koleżeńskiej komitywie, no bo już oglądają te swoje mordy przez tyle lat. I żarty w rodzaju: "A widzą państwo, ja tutaj sobie ekran podzielę w Wordzie. Ja z Worda to prawie doktorat zrobiłem, proszę państwa. No, a habilitację z Excela będę robił. No co ma pani taką minę?" To ostatnie jest do mnie, bo ja w przeciwieństwie do reszty grupy nie śmieję się radośnie, tylko na niego patrzę jak na przygłupa. O, albo pan magister: "No bo to zadanie to jest takie trudne, nie? Jakbym ja nie miał teraz kartki z rozwiązaniem, nie?, to bym go nie rozwiązał, nie?". A ja znowu patrzę, słucham i nie wierzę. Albo jeszcze jeden pan profesor, stary zgred, autor chyba wszystkich podręczników tego świata, przepisuje te podręczniki na tablicę, jeszcze ręce mu się trzęsą, więc właściwie nie wiadomo, co przepisuje i wszyscy się zajmują odszukiwaniem strony, z której on przepisuje na tablicę i przepisywaniem tej akurat strony do zeszytu. Przy czym nie wszyscy i nie zawsze dobrze zgadują, która strona jest aktualnie przepisywana i wtedy powstaje chaos. Tak. A siedzieć na sali trzeba, bo profesor twierdzi, że to przepisywanie to są ćwiczenia i jak się nie wysiedzi tych trzech godzin tygodniowo, to można się nie fatygować na egzamin. Cyrk jest tylko na mechanice płynów, bo to jest trudne jak cholera, nikt tego nie rozumie, a zajęcia prowadzi diabolicznie inteligentny profesor S., do którego nie dociera, że nikt na sali za jego intelektem nie nadąża. Ja profesora S. uwielbiam, mimo, że sama też nadążam rzadko. Dzisiaj się na przykład jak zwykle spóźniłam. Biegłam na te zajęcia, więc wpadam zziajana, szukam krzesła, rozpinam kurtkę, a profesor S.: "Pani Aniu, równanie stanu." No więc ja zaczynam jakieś równania recytować, a profesor S. próbuje mi pomóc się rozebrać z kurtki, ja się miotam przy tym przerażona, bo w ogóle nie wiem, co się dzieje, gdzieś między ciśnieniem a gęstością mówię, że ja sobie właściwie z tą kurtką poradzę, a profesor S. mnie jakoś tam jeszcze ciągnie za rękaw. Sala oczywiście ma ubaw jak nigdy.

No i takim to właśnie kretyńskim serialem ostatnio żyję. Są też oczywiście odcinki, przypominające krótkie filmy drogi, jak na przykład mój pijany spacer drogą przez las o trzeciej w nocy z Kań do Pruszkowa, cudowne odnalezienie w Pruszkowie autobusu nocnego i moja entuzjastyczna rozmowa z kierowcą: "Ale pan jedzie do Warszawy? Ale naprawdę? Ale na Centralny? Boże, jak wspaniale!" Dobrze, że kierowca był za szybą, bo bym go pewnie uściskała.

Są i elementy horroru, moja ostatnia wizyta u fryzjera chociażby. Pani pyta, co mi zrobić z włosami, ja mówię: "Skrócić." "Ale jak?" "No nie wiem, chyba tak jak jest, tylko krócej..." "A może pani coś zmieni na wiosnę?" I tutaj ja popełniam strategiczny błąd (niczym ta niewinna blondynka o sarnim spojrzeniu, która biegnie do tylnego wyjścia, prosto w ramiona psychopatycznego zabójcy) i mówię: "Dobra, niech się pani bawi." Teraz mam takie prawie łyse placki nad uszami.

Tylko wątki romantyczne leżą i kwiczą, bo mój boski Ridż raczył przegapić moją bluzkę w kolorze swojego samochodu i jeszcze się na mnie nie rzucił. Rozważam zadanie mu kiedyś bezczelnego pytania pod tytułem: "Kiedy ty mnie wreszcie, do kurwy nędzy, zaprosisz na piwo?", ale to jeszcze nie w najbliższym odcinku. Poziom absurdu musi nieco wzrosnąć. Co prawda ostatnio mi wyznał, że z tymi włosami wyglądam jak świnka morska trochę, ale to chyba ciągle nie to...

A tytuł notki z Masłowskiej. "Wojnę" wreszcie czytam. Jezu, co ta dziewczyna ma w mózgu?! Kosmos.
20:55, mrs_dalloway
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 lutego 2010
Czy jeśli ja sobie dzisiaj kupiłam bluzkę tylko dlatego, że ona jest w kolorze Jego samochodu, to to jeszcze jest normalne?

Koniec zagwozdki. Kawałek jest bardzo a propos, ja wiem, że  komercha, tandeta i pop, ale go lubię. No i jest a propos.



A na uczelni jak zwykle traumatycznie. Dzisiaj jeden pan "doktór" przez pół godziny wychwalał przystępność, skrupulatność i inne przymioty jakiegoś podręcznika, po czym stwierdził: "Ale wiecie państwo, to jest biały kruk." Świetnie.

Wczoraj poszłam na obiad do takiej knajpy, która się u nas na wydziale mieści. Wchodzę, knajpa pełna, przy jednym ze stolików mój już-wkrótce-promotor. "O! Pani Aniu, myślę o pani dniami i nocami!" W knajpie nagle cisza i wszyscy się na mnie gapią znad schabowego. "O mojej pracy magisterskiej pan myśli, panie profesorze, tak?" "No tak, tak." I kazał mi do siebie zadzwonić i przyjść w czwartek. Spoko.
21:49, mrs_dalloway
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Hable con ella
mrs_dalloway@gazeta.pl
gg 1608904